Albania. Tirana

O tym jak dziś, w 2018 roku, wygląda stolica Albanii, o największych turystycznych atrakcjach. Ale też o historii, bunkrach, Kazimierzu Mijalu i Radiu Tirana. Wbrew pozorom, to interesujące miasto! Dajti Express, Bunk’art, dzielnica Blloku, plac Skanderbega, Nowy Bazar, piramida Hodży…

Zacząć trzeba od tego, że główny plac miasta wcale nie jest najważniejszym miejscem w stolicy. Życie toczy się gdzieś indziej. Przede wszystkim w dawnej dzielnicy komunistycznych dygnitarzy, czyli w Blloku. Kiedyś zamknięta dla zwykłych śmiertelników, chroniła funkcjonariuszy reżimu. Dziś rządzą tam spore pieniądze i dobra zabawa. Ulokowały się w niej prestiżowe banki, najlepsze sklepy i restauracje. Jest turystyczną mekką. Mnóstwo barów, kawiarni i klubów. Hotele i sklepy z pamiątkami. Miejsce żyje dniem i nocą. Gwarne, kolorowe, drogie.

Plac Skanderbega został ostatnio gruntownie przebudowany.

Piwo w barze przylegającym do ogrodu willi Hodży kosztuje dwa razy więcej, niż w innych dzielnicach Tirany. Dom Hodży, komunistycznego satrapy, w absurdalny sposób rządzącego Albanią przez 41 lat, stoi dziś pusty. Pytałem wielokrotnie, nikt nie potrafi powiedzieć dlaczego. Niedawno zorganizowano w nim jakąś wystawę i na tym się skończyło. Nie ma pomysłu na zagospodarowanie willi dyktatora. Możliwe też, że jest tak, iż jakiekolwiek koncepcje wzbudziłyby protesty nie tego, to innego środowiska i, po prostu, bezpieczniej jest nie robić nic. Hodża w tak wielkim stopniu zdeterminował losy kilku milionów Albańczyków, że chyba wszystko jest możliwe. Również to, że nikt nie chce wziąć ciężaru decyzji dotyczącej jego luksusowego domu. Ale budynek jest, prowokuje, przyciąga uwagę, turyści robią zdjęcia. Obudowany został topowymi klubami. Jest w tym coś perwersyjnego – bawić się przy amerykańskiej muzyce, popijając zachodnie piwo, w ogródku czerwonego dyktatora. Chyba na tym właśnie opiera się komercyjny sukces dzielnicy. Gwałtowny skok z radykalnego komunizmu w wersji stalinowskiej w wesoły kapitalizm pełen wszelkich uciech, jakie podsuwa Zachód. Jeśli szukać gdzieś miejsca, które najlepiej odzwierciedli zmiany, które zaszły w Albanii, to właśnie tu, w Bllocku.

Willa Hodży, centrum Blloku, dzielnicy rozrywek wszelakich.

Z dawnych czasów, stolicę Albanii kojarzyć możemy z Radiem Tirana i postacią Kazimierza Mijala, polskiego komunisty, który niezadowolony ze zmian w Warszawie, jakie powstały po dojściu do władzy Gomułki, uciekł do Albanii, by stamtąd w audycjach radiowych głosić idee prawdziwego komunizmu. To, co działo się w Polsce, to dla Mijala było za mało. On chciał, jak za Stalina, jak w Chinach Ludowych. Zrozumienie znalazł u Hodży. Audycje nadawano po polsku, ale nie cieszyły się szczególnym powodzeniem. Wiało z nich nudą, zniechęcały długimi, ideologicznymi odczytami.  Władze PRL czujnie się im przysłuchiwały, traktowały Radio Tirana z taką samą złością jak Wolną Europę. Pamiętamy też piosenkę Kultu, w której Kazik śpiewa, że „Radio Tirana od wieczora do rana” i, że „prawda płynie, jak rzeka”.

Tirana, Nowy Bazar i typowe dla tego miasta – kolorowe bloki.

Wróćmy do głównego placu stolicy. Od niego opowieść zaczynają wszystkie przewodniki. Kiedyś stał tam olbrzymi pomnik Hodży. Dziś, obok wielkiej flagi Albanii, wznosi się konny posąg Skanderbega, największego narodowego bohatera. W XV wieku przez kilkadziesiąt lat opierał się tureckiej nawale. Zyskał tym sławę w całej chrześcijańskiej Europie. Bronił swojej ojczyzny, ale przy okazji uratował też Italię i Watykan. Bił się z Turkami dokładnie w tym czasie, kiedy nasz król Władysław legł pod Warną. I choć takie państwo jak Albania po raz pierwszy pojawiło się dopiero w 1912 roku, to dokonania jednego ze średniowiecznych książąt są tego kraju mitem założycielskim oraz wielkim powodem do dumy wszystkich Albańczyków.

Jeszcze kilka lat temu plac ten był wielkim trawnikiem, dziś, cały z kamienia i betonu, w upalne dni służy za patelnię, a w letnie wieczory jest miejscem artystycznych występów. Niedawno trafiliśmy tam na koncert Rity Ory, znanej gwiazdy popu, kojarzonej z Wielką Brytanią, ale w Albanii traktowanej po swojemu. Przecież to Kosowianka, która w Londynie zrobiła wielką karierę.

Meczet Ethem Beja – najstarszy zabytek Tirany.

Plac Skanderbega otoczony jest ważnymi instytucjami i obiektami. Oto mamy Ministerstwo Kultury, które w zamyśle miało być Pałacem Kultury. Tuż po wojnie, w czasach zażyłej współpracy Hodży ze Stalinem, Związek Radziecki chciał Tiranie podarować to samo, co i Warszawie – wielki, monumentalny pałac. Budowę rozpoczęto, ale Stalin zmarł, a za Chruszczowa relacje się popsuły i inwestycja stanęła. Dokończono ją minimalnym kosztem, na miarę możliwości Hodży, i tak powstał rozległy, ale niski budynek, obok którego przechodzą dziś rzesze turystów. Kilkaset metrów dalej znajduje się Muzeum Narodowe ze słynną proletariacko-militarną mozaiką nad wielkimi drzwiami oraz, jak na Tiranę, obiekt absolutnie wyjątkowy – meczet Ethem Beja. Dziś jest najważniejszym zabytkiem stolicy. Wzniesiono go w XVIII wieku i tylko on przetrwał akcję burzenia wszystkiego, co z religią związane. W latach 60. XX wieku Albanię ogłoszono pierwszym ateistycznym krajem na świecie. Do więzienia szło się za samo posiadanie różańca lub świętego obrazka. W powietrze wysadzono wszystkie świątynie, również zabytkowe. A dla tego meczetu Hodża zrobił wyjątek, mimo tego, że to przecież ścisłe centrum, tuż obok budynków rządowych. Dlaczego? Trudno powiedzieć. Do czegoś było mu to potrzebne. Coś chciał pokazać. Może to, że szanuje zabytki. Urządzano tu pokazówki. Wejść do meczetu mogli wyłącznie zagraniczni goście, delegacje oficjalne.

Boczny zaułek obok placu Skanderbega. Mała kopuła po środku zdjęcia, to Bunk’art 2.

Po upadku komunistycznej dyktatury meczet wrócił do swych religijnych funkcji. Uważni, nadstawiając ucha, usłyszą śpiew muezina wzywającego do modlitwy. Z daleka widoczny jest okazały minaret. Turyści mogą wchodzić, oglądać. W środku urzekają piękne zdobienia ścian. Jeśli poprosi się dozorcę, to włączy światło. Warto tu zajrzeć. Niby żaden zabytek, przecież to ledwie XVIII wiek, ale jak na Albanię, która doświadczyła szaleństw Hodży, jest obiektem wyjątkowym.

Nasza wycieczka wchodzi do zespołu Bunk’art 1, położonego na obrzeżach Tirany.

Bunkry. Widział je każdy, kto odwiedził Albanię. Hodża chciał wybudować milion, do niedawna mówiło się, że zdążył 700 tys. (tak chwalił się reżim, a po jego upadku długo powtarzano te dane). W rzeczywistości, robiąca bokami komunistyczna gospodarka była w stanie wyprodukować coś około 170 tys. To i tak dużo! W kilkumilionowym kraju! Weźmy pod uwagę, że jeden bunkier mógł kosztować tyle, co małe mieszkanie. Olbrzymie pieniądze i ludzka energia wyrzucone w błoto. Po co? Do czego to było potrzebne? Skąd w ogóle taki pomysł? Ciekawe, że Hodża nie ograniczał się tylko do linii granic. Bunkry budowano też w interiorze, w środku kraju, z daleka od strategicznych celów. Są i w Tiranie. Na pamiątkę zostawiono jeden tuż przy siedzibie premiera. Można wejść do środka. Malutki. Miejsca najwyżej  dla trzech osób, ale trzeba siedzieć w kucki, jest tak nisko. Jeżdżąc po Albanii widać je na każdym kroku. Są na plażach i w górach, przy drogach i w środku wsi. Po co więc? Przyglądając się im nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że były nową religią wymyśloną przez komunistycznego satrapę. Pod koniec lat 60. ogłoszono, że kraj jest wreszcie w pełni ateistyczny, a już na początku lat 70. uruchomiono ogólnonarodową akcję budowy bunkrów. Jedno zastąpiono drugim. Wygląda na to, iż Hodża rozumiał, że człowiek wymaga wyższych idei, a potrzeba religijności jest częścią ludzkiej natury. W miejsce chrześcijaństwa i islamu dał narodowi wiarę w bunkry. W latach 90. Powstał film w koprodukcji albańsko-francusko-polskiej pokazujący ów proces. To „Pułkownik Bunkier”, w którym jedną z głównych ról gra Anna Nehrebecka. Warto obejrzeć, choć nie jest to kino łatwe i przyjemne. Z obrazu bije smutek, a niemalże kronikarski zapis ukazujący zbrodnie reżimu wyjątkowo mocno wpływa na emocje widza. Jest tam wymowna scena. Oto budująca bunkry armia, burzy zabytkowy wiejski kościół. Symboliczne kadry. Reżim jedno zastąpił drugim. Tyle, że to drugie nie wytrzymało próby czasu. Nawet bardzo krótkiej próby. Pułkownik odpowiedzialny za cały proces bunkryzacji, już po kilkunastu latach widzi bezsens swego działa. Widzi i rozumie, że jego życiowa misja okazała się nic nie warta. Bankructwo idei, które boli tak, że nie da się tego wytrzymać.

Piramida Hodży.

Zupełnie niedawno otwarto w Tiranie nową turystyczną atrakcję. To Bunk’art, czyli wielki system schronów dla najważniejszych dygnitarzy z Hodżą na czele. Ma pięć kondygnacji, ponad 100 pomieszczeń, w tym m.in. elegancką aulę, w której w czasie wojny mógłby obradować komunistyczny parlament. Miał wytrzymać atak atomowy i chemiczny, w biednej Albanii jego budowa pochłonęła olbrzymie środki. Hodża odwiedził go raz, w czasie uroczystości otwarcia. Dziś pełni rolę muzeum, można zwiedzić m.in. gabinet i sypialnię dyktatora. Jest też drugi Bunk’art, w ścisłym centrum miasta, tuż obok placu Skanderbega, dużo mniejszy, przeznaczony dla najwyższych rangą funkcjonariuszom Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

Pomnik Chopina odsłonięty w 2003 r. przez prezydenta Kwaśniewskiego.

W Tiranie jest jeszcze jedna szczególna atrakcja – piramidy Hodży. Budowla z betonu i szkła. Ani ładna, ani brzydka. Raczej nie te kategorie jej się należą. Absurdalna w swoim zadęciu. W środku miasta, nawiązuje formą generalnie do niczego. W tym przypadku naprawdę trudno powiedzieć co autor miał na myśli. Zaprojektowała ją córka dyktatora, Pranvera. (Ona też odbudowała też zamek Skanderbega w Kruji). Piramida miała stać się mauzoleum dyktatora, ale ukończono ją tuż przed upadkiem komunizmu i nic z tego nie wyszło. Próbowano wykorzystywać ją na różne cele, było tu m.in. centrum konferencyjne oraz dyskoteka. Dziś, opuszczona piramida niszczeje. Jest to jedyny zaniedbany obiekt w tej części miasta. Wszędzie dookoła ładnie, wesoło, hula kapitalizm, okazałe biurowce i siedziby banków. Tylko tu jakoś tak, jakby komunizm dopiero upadł. Dlaczego nie wykorzystano tego budynku? Może jest tak, jak z willą Hodży, nie ma pomysłu i odważnych, żeby coś zrobić. Zbyt ciężki temat, zbyt duży kaliber.

Widok z górnej stacji kolejki Dajti Express.

Ale Tirana nie tylko bunkrami stoi. To wesołe miasto. Szybko nadrabia zaległości z poprzedniej epoki. Można tu dobrze zjeść i miło spędzić czas. Wieczorami kwitnie towarzyskie życie. Są przyzwoite hotele. Zmienia się z roku na rok. Idzie w naszą stronę, chce do „lepszego świata”. Zachodnie wzorce działają na wyobraźnię. Albania jest młoda i pełna witalnej energii. Władze miasta od lat mądrze wykorzystują to, co zostawił po sobie poprzedni system, zamieniając komunistyczne obiekty w atrakcje turystyczne. Obecny premier kraju, Edi Rama, będąc wcześniej merem Tirany zainicjował proces malowania bloków mieszkalnych. Szare i brzydkie, zyskały nowe życie. Kolory śmiałe i mocne, przyciągają uwagę. Warto wybrać się na Nowy Bazar, góra 10 minut spacerem z placu Skanderbega. Miejsce to jest dobrym przykładem opisanego wyżej procesu rewitalizacji Tirany. Pomalowano, coś dobudowano i wygląda świetnie. A przy okazji można jeszcze zrobić zakupy, nabyć coś z lokalnych produktów lub jakieś starocie z pchlego targu.

Dolna stacja kolejki.

Z klasycznego „must see” wspomnieć należy jeszcze kolejkę linową Dajti Express. Na obrzeżach Tirany, nowoczesne wagoniki, przez kilkanaście minut wwożą turystów na wysokość 1230 m n.p.m. Widoki przednie, warto!

Tekst i zdjęcia: Krzysztof Matys, 2018 r.

Zobacz także: Albania to nie Afganistan! oraz Albania – informacje praktyczne.

Bogata w atrakcje wycieczka. Od Gór Przeklętych na północy po nadmorskie plaże na południu. Rewelacyjna lokalna kuchnia i wino. Pilot/przewodnik doskonale znający kraj. Kameralna grupa i wysoki standard świadczeń.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Opinie o naszym biurze

Najnowsze komentarze

Newsletter